Jest słońce, jest sen, jest joga, jest rower - mózg funkcjonuje zdrowo.
Niedosen, przemęczenie, pochmurność, przeżarcie - mózg wysiada i się zapętla.
Dziwne to.
Stan rzeczy na zewnątrz organizmu ten sam, różnica jedynie w obsłudze. Mózg jest częścią organizmu.
Dziwne i zabawne, jak kruchy jest ten system i jak łatwo go pstryknąć i leci jak domino.
Jest to też sprzężenie zwrotne - mózg łapie czkawkę emo, tracę resztki energii, przemęczam się, nie zasypiam, ociężam, przeżeram - mózg w odpowiedzi wykrzacza się jeszcze bardziej, spirala.
Na szczęście ustawialne toto w drugą stronę też, tylko trzeba jednak wstać i zrobić.
Bla bla bla.
Jutro pewnie kajtniemy się z młodym na Agrykolę, rowerem, a co.
Myślę, że popadam w obłęd spiralnie w dół ruchem równomiernie przyspieszonym. Czasami, coraz częściej i bardziej znienacka są takie dni, kiedy myśli wirują coraz szybciej, odwirowując i odrzucając te lekkie, a zostawiając te najcięższe, największe. Nie przestają wirować aż w końcu zostają tylko one i ja w nich, gryząc łzy.
Jeszcze potrafię wziąć oddech, odsunąć się od się, spojrzeć z dystansem i spokojem, ale już jest to trudne i coraz trudniejsze, już wymaga wyspania się, nie wystarczy po prostu nabrać powietrza.
Wiem, co to znaczy. Bought a t-shirt. Będę obserwować. Będę się pilnować.
Mam nieprzyjemne odczucie dojścia do jakiegoś ciasnego, ponurego tunelu; tak wąskiego, że nijak się nie zawrócić, można tylko przeciskać się dalej albo zostać w miejscu.
Piękny, piękny film (tylko na początku razem z okularami trzeba założyć filtr na dydaktyczny smrodek jaki wali od kapitana ameryki i już wchodzi cudnie).
- a kim ty w ogóle jestes, gdyby zdjąć kostium, to co by zostało?
- geniusz, milioner, filantrop, playboy.
Pojechałam rowerem, wróciłam w środku nocy po 23, zjadłam pudło naczosów, popiłam kolą, nie wyspałam się, nie wiem czy mi mi lepiej czy gorzej w sumie ale staram się nie zgłębiać za bardzo w temat bo wnioski mi jakieś chujowe wychodzą i nie po drodze.
Staram się. Organizuję wycieczki w stronę pokazania Dudkowi kultury. Zabieram go na koncerty, na przedstawienia teatralne. Tak, są takie w ofercie dla tak małych ludzi.
Z całej siły unikam kultury grilla, piwa, religii i festynu, chociaż to też część tożsamości narodowej ;)
I teraz pojawia się pytanie. Naiwne. Czemu festyn jest za darmo (nie ma nic za darmo przecież) a za bilety do teatru dla Dudka i mnie płacę niemal stówę? Za koncert połowę tego. A chodzimy tylko we dwoje z Dudkiem.
Jest to pytanie tak naprawdę fundamentalne. Dlaczego miasto woli sponsorować badź współsponsorować festyn a nie teatr? Czy dlatego, że do teatru jest mniejszy tłum chętnych? Że nie można postawić banera z logo sponsora i dystrybutora z piwem koło sceny? Czy teatr jest rozrywką, z braku lepszego słowa, elitarną? To tylko teatr, teatrzyk wręcz, to nie awangardowe performansy z użyciem kosztownych martwych zwierząt.
A może z innej beczki to piwo. A właściwie dlaczego na festyn można wejść za darmo, żeby się ochlać rozwodnionego browara, kupić balonik i posłuchać Patrycji Markowskiej w pakiecie?
Coś mi tu nie leży.
Nie pasuje mi tu coś, nie składa się do kupy.
Uważam, że owszem, kultura jest ważna. Ważna jest nauka skupienia się (na czymś więcej niż kreskówki na cartoon network), ważna jest nauka współuczestnictwa w wydarzeniach, nauka zachowania się w miejscach publicznych. Jak choćby tego, że w trakcie koncertu czy spektaklu nie jemy, nie pijemy i nie bawimy się elektrogadżetami a po zakończeniu wypada podziękować występującym oklaskami. Że nie wypada wrzeszczeć, przekrzykiwać się, rozpychać łokciami, za to można wspólnie śpiewać. Że dorośli wokół są trzeźwi, to też ważne doświadczenie, wcale nie takie oczywiste. Że można przeżywać wydarzenia bez śmietnika wokół, bez hałasu i kakofonii.
Mam niejasne wrażenie, że warto jest uczyć się przeżywania a nie tylko przeżuwania. Że takie doświadczenia pomagają w tworzeniu szerszego obrazu świata.
I że w taką naukę warto inwestować. Dlatego inwestuję. Acz szkoda mi, że tam, gdzie rozdzielane są moje podatki, inwestuje się w zamian w festyn, w religie - a więc w rzeczy nie poszerzające nijak horyzontów i z których ja nie korzystam bo mi szkodzą.
Szkoda mi, bo to nie jest tak, że się tych inwestycji nie czuje w kieszeni. Czuje się. A jakby czuć jeszcze bardziej, to tak naprawdę pozostanie jedynie festyn i potężna niestrawność.
Czy, droga blogosfero, jesteś zainteresowana terenowymi badaniami pseudo antropologicznymi na rodzicach warszawskich, sprowadzających się do konkluzji że ludzie są różni?
No to zafundowałam sobie upiorny ból na następne dni. Ale jednak powiem ci, drogi pamiętniczku, cholernie to lubię. Te 1,5h tylko dla mnie, ten ból nadrywanych ścięgien i tworzących się mikrouszkodzeń, te coraz głębsze wejścia w pozycje, oddech, to, że z niejasnego powodu skóra mi pachnie wodą z jeziora.
Pamiętam jak wracałam na saskiej kępie do domu i zaglądałam ludziom w okna tęskniąc za tym, jak żyją. Dziś jadąc tu, gdzie jechałam, też zaglądałam osobom w okna tylko odwrotnie. Nie dogodzisz.
Wtedy płakałam w tramwajach. Teraz jednak nie płaczę w tramwajach. Ani nawet w metrze.
Dokąd ja w ogóle wracam. A może się cofam. A może historia zatoczyła koło. Zamachowe.
Klub przyjemny, kameralny. I nie jest to eufemizm na upiorny ścisk, smród potu i brak infrastruktury, a naprawdę przyjemne miejsce.
Prowadząca zajęcia sympatyczna i kompetentna. Inni uczestnicy całkiem inni niż jateraz.
Elastyczni, silni, pewnie stojący na tych swoich jednych stopach z drugimi gdzieś tam poutykanymi, z poskręcanymi dłońmi i kręgosłupami w zygzak.
Nie wyglądali na zapuszczone, roztyte kury domowe przywalone problemami ogólnożyciowymi, więc rozwinęłam tę swoją starą, pokaleczoną przez kocie pazury matę na końcu sali i pozwoliłam by przez 90 minut kamień po kamieniu spadały mi z barków kolejne ciężary.
Ciężko.
Teraz boli mnie wszystko, ale jutro znowu przyklejamy uśmiech na twarz i aby do wieczora. I znowu spróbuję poluzować sznurki, pozrzucać te różne.
Dawno, dawno temu wielbiłam pewnego artystę. W sumie to bardziej ładnego, charyzmatycznego alkoholika i narkomana, miernego poetę o słabym głosie, ale jednak. Artysta żył i zmarł na długo przed moim urodzeniem.
Mając tych 15 lat wydawało mi się, że dwudziestosiedmioletni Jim Morrisson przeżył swoje. Mając 20 lat zajęłam się własnym życiem i przestali mnie obchodzić dawno zmarli charyzmatycy popu.
Wtem.
Nagle okazało się, że dopłynęłam do jego granicy i popłynęłam dalej, dalej, mijając nawet Chrystusa. I przypomniałam sobie o artyście i nagle dotarło do mnie jak bardzo młody był, jak umierał. Jak bardzo, bardzo młody, jak jeszcze tyle mógł mieć przed sobą i jak to nomen omen koncertowo spieprzył. I jak pociągnął za sobą stado swoich kobiet. I tyle.
Siostra Szeldona znowu dostała zjebę, tym razem poważniejszą. Szeldon, jak mu opowiadałam, stwierdził, że mam rację, chociaż on się już do swojej siostry przyzwyczaił. No ale, mówię, to nie powód, żeby się nasze dziecko przyzwyczajało do szyderstw.
Siostra Szeldona napierdala się z mojego dziecka, że wygląda jak dziewczyna. Napierdala się, czyli nie traktuje tego jako komplement. Bo że dzieciak ładny jest jak dziewczyna to inna kwestia.
Dostała zjebę, bo nie życzę sobie takich uwag pod adresem dziecka. Następnym etapem może być moje napierdalanie się z (wątpliwie dziewczęcej) urody ich córek.
Tyle lat a blox nadal nie naprawił umieszczania iframek na blogusiach. Ech.